Rozważania Drogi Krzyżowej

10 sierpnia 2012

Dzisiaj mamy piątek. W czasie pielgrzymki zwykle w tym dniu we wszystkich grupach jest prowadzona Droga Krzyżowa. Poniższe rozważania, to fragmenty dziennika duchowego Jacques’a Fesch’a, który w wieku 27 lat został skazany na śmierć i zgilotynowany za śmiertelne postrzelenie policjanta w czasie napadu na bank w 1957 roku. Na dwa miesiące przed egzekucją zaczął pisać dziennik, który zadedykował swej 6-letniej córeczce Weronice. W więziennej celi przeżył nawrócenie. Odkrywanie Jezusa i doświadczenie wiary jest głównym tematem napisanego w celi niezwykłego świadectwa.

 

DROGA KRZYŻOWA JACQUES’A FESCH’A

 

Stacja I – Pan Jezus przed sądem

 

Scena przed Sanhedrynem prowadzi mnie oczywiście do sądu, a popisy oratorskie, sztuczne oburzenie najemników na żołdzie diabła, który nazywa się pieniądz, reklama i oportunizm, przywodzą mi na myśl Kajfasza rozdzierającego szatę, by dać wyraz swemu oburzeniu! Ja, rzecz jasna, jestem winny i nie zamierzam w niczym przyrównywać się do Jezusa. Kto jednak lepiej zrozumie ukrzyżowanie i wszystkie związane z tym cierpienie niż dobry łotr, który wisiał na krzyżu obok swego Zbawiciela? I do kogo Chrystus przyszedł? Nie należy zapominać, że pierwszym wybranym był bandyta stracony za przestępstwo, oraz że ci, którzy dobrze się mają lub za takich się uważają, zostali uznani za groby pobielane! Cóż można dodać? Że trzeba być przestępcą, aby zostać wybranym? W żadnym razie! Tyle tylko, że ten sam wyrzutek, który zgrzeszył, często nie będą w pełni odpowiedzialny za swe czyny, znajdzie w skrusze i cierpieniu, a zwłaszcza w poznaniu swej nędzy, krótszą drogę do serca Jezusa. Dobrze się mający zadowoli się natomiast jakimś „prawie” i uważając się za sprawiedliwego w oczach społeczeństwa, wmówi sobie, że Ojciec niebieski osądzi go w ten sam sposób.

 

Stacja II – Pan Jezus bierze krzyż

 

Krzyż! Powinniśmy być nieprzytomni z wdzięczności za świadectwo tak wielkiej miłości, lecz zarazem sparaliżowani zgrozą, gdyż krzyż jest także projekcją naszych własnych cierpień. Ta twarze skurczona bólem jest moją twarzą, twarzą wszystkich wybranych. Możemy na próżno zmagać się w labiryncie życia, szukać wybiegów: i tak zostaniemy zawleczeni pod krzyż, będziemy musieli wyciągnąć ręce i nogi, by wbito w nie gwoździe. Gdy jesteśmy młodzi, myślimy, że nasze pragnienie będzie mogło być zaspokojone przez życie, które otwiera się przed nami – nieograniczone i pełne obietnic. Później, zgodnie z moim doświadczeniem, gdy uzyskujemy perspektywę i spoglądamy wstecz na nasze życie, ogarnia nas niepokój, żal, niesmak do wszystkiego; to, co odrzucaliśmy przed laty, ukazuje się naszym oczom jako zatrważająca rzeczywistość. Któż jednak ją zaakceptuje?

 

Stacja III – Pierwszy upadek

 

Za każdym razem, gdy się denerwuję, usiłuje zaraz odnieść tę nienawiść, mniej czy bardziej ukrytą, do Jezusa. Wyobrażam sobie Go przed Piłatem, niosącego swój krzyż, wreszcie ukrzyżowanego. Ileż nasłuchał się obelżywych śmiechów, szyderstw? Chciałoby się powiedzieć jak Klodwig do biskupa Saint – Remi: „Och, gdybym tak był z moją poczciwą szpadą”. A jednak trzeba milczeć i trwać w pokoju. Chcę całą sprawiedliwość oddać w ręce Boga, niech mówią i czynią, co chcą. Jezus pozostawił przecież żywym i bezkarnym Sanhedryn, który Go ukrzyżował. Jakże musieli się oni, te groby pobielane, śmiać szyderczo po śmierci Zbawiciela. Dla Boga czas się nie liczy. Pozwala On swym nieprzyjaciołom trwać w złudzeniach i oczekuje ich w chwili śmierci w całym majestacie swej sprawiedliwości.

 

Stacja IV – Pan Jezus spotyka swoją Matkę

 

Święto Narodzenia Świętej Maryi. Dziś muszę modlić się w sposób szczególny. Zmówię dodatkowy różaniec i poproszę Matkę naszą, aby w tym dniu sławiącym Jej wejście w życie ziemskie prosiła swego Syna, aby możliwie jak najwięcej grzeszników mogło się narodzić do życia w łasce. A także, by moje narodziny dla nieba dokonały się w sprzyjających warunkach. Stanę przed moim Ojcem, a zatem muszę być pełen ufności i miłości i zbytnio nie przerażać się moją nędzą w obliczu Jego chwały. Nie mam Mu wiele do ofiarowania, lecz Jego miłosierdzie jest nieskończone. Malutkie ziarnko gorczycy, które z pomocą łaski udało mi się zasadzić i które wykiełkowało, może stać się drzewem, jeśli Ojciec mój tego pragnie. Ufności! Chciałbym, żeby ci wszyscy, którzy żyją w świecie, beztroscy lub letni, zrozumieli, tak jak ja to obecnie rozumiem, że bardzo trudno jest wchodzić przez wąskie drzwi. Żadne „prawie” nie ma racji bytu, wymagana jest czystość absolutna. Ten, kto stanie przed Ojcem niebieskim z najmniejszym nie odpokutowanym grzechem, pójdzie czyścić się w ogniu czyśćca. Wiem, że Panna Najświętsza chce zaprowadzić mnie wprost do nieba i przekazać swemu boskiemu Synowi.

 

Stacja V – Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi

 

Wcześniej czy później Jezus da poznać się tym, których kocha, i wszyscy będziemy żyć szczęśliwie, chwaląc Pana w raz z aniołami w niebiańskiej wdzięczności. „Tych zaś, których przeznaczył, tych też powołał, a których powołał – tych też usprawiedliwił, a których usprawiedliwił – tych też otoczył chwałą. Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?” Myślę również o tych wszystkich, którzy od kilku miesięcy modlą się za mnie. Iluż to przyjaciół, księży, nieznajomych? Niebo musi rozbrzmiewać wołaniem: „Ocalić [duszę] Jacquesa Fescha”. I Pan mnie ocala czyniąc o wiele więcej niż to, o co proszą wszyscy ci bracia. On ocala całkowicie, zmazuje wszystkie grzechy i otacza swym miłosierdziem tych, których dusza jest jeszcze zupełnie pogrążona w ciemnościach. Oni także pójdą do nieba, a demon będzie zgrzytał zębami widząc wymykającą mu się zdobycz. A więc tym czasem módlmy się i opierajmy wszelkiej pokusie.

 

Stacja VI – Święta Weronika ociera twarz Pana Jezusa

 

Jakże dziwny jest świat Boga. On nas pociąga ku sobie jeszcze za życia, syci nas swymi powabami, ukazuje mi małość wszystkich ziemskich marności, które wywołują tylko niesmak. Gdy zaś jesteśmy zdani już tylko na własne siły, wszystko, co tam zobaczyliśmy, znika. Na próżno przypominam sobie, że poza życiem wiecznym wszystko jest zgnilizną. I choć jestem tego pewien, rzeczywistość doczesna znów zaczyna mnie kusić i ponownie słyszę naglące wezwanie życia. Dziwny świat, w którym wszystko jest przeciwieństwem: czarne i białe, światło i ciemności, smutek i radość, nienawiść i miłość. Nienawiść to świat, a nasze ciało jest jego częścią. Miłość to Bóg, a dusza nasza pochodzi od Niego. Istnieje dwoistość i przeciwieństwo i trzeba, by jedno odniosło zwycięstwo nad drugim. Walka jest nieunikniona. Jeśli nasze ciało zwycięży, dusza otrzyma w udziale to samo, czyli rozkład. Jeśli górę bierze dusza, udziałem jest życie wieczne. A zatem wszystko, co jest pozytywne na ziemi, staje się negatywne w niebie. To normalne, że niewierzącym, którzy mają wzgląd jedynie na ciało, chrześcijaństwo jawi się więc jako szaleństwo. Jak uwierzyć, że cierpienie wcale nie jest cierpieniem, lecz radością i że radość jest cierpieniem.

 

Stacja VII – Drugi upadek Pana Jezusa

 

Szukam Jezusa, który zwykle objawia mi się w sposób odczuwalny. Dlatego, gdy radość mnie opuszcza, mam tylko jedno pragnienie: odnaleźć ją. Dzięki temu nie mam czasu na myślenie o śmierci. Gdy zaś posiądę tę radość, nie ma oczywiście mowy o żadnym lęku. Ukochane cierpienie, które pozwoli mi osiągnąć niebo. Że też nie mogę oddać życia jak męczennicy, którzy umierają za to, że nie wyrzekli się wiary! Jestem winny, mimo że kara jest nie sprawiedliwa, i to, co mogę, ofiarowuję dobremu Bogu. „Miecz wisi nad moją głową, a we mnie nie ma żadnego drżenia. Pan oszczędza moją słabość. Jestem szczęśliwym… Idę do Nieba. Jestem blisko ojczyzny, odnoszę zwycięstwo. Przedtem jednak trzeba, by ziarno pszeniczne zostało zmielone, a kiść winogron wyciśnięta. Lekkie uderzenie oddzieli mą głowę jak kwiat wiosenny zerwany przez ogrodnika dla jego przyjemności”. Szczęśliwi ci, których Bóg obdarza męczeństwem! Krew, która płynie, ma zawsze większą wartość w oczach Pana, a zwłaszcza krew ofiarowana dobrowolnie. Nie jestem wolny, a jednak, gdyby zaproponowano mi dziś wolność w zamian za znieważenie Boga, odmówił bym wybierając śmierć.

 

Stacja VIII – Pan Jezus spotyka płaczące niewiasty

 

Przed chwilą odwiedził mnie adwokat. Posiedzenie Rady odbędzie się w czwartek. A egzekucja najprawdopodobniej, a raczej na pewno w sobotę. Postanowione! Tylko cztery dni życia. Tyle przynajmniej wiadomo. Rodzina, rzecz jasna, jest załamana i dopiero teraz zaczyna uświadamiać sobie, że złowieszcza godzina się zbliża. Odwiedzą mnie w środę i spróbuję wprowadzić tych pogan na właściwą drogę: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi grzechami…bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?” [Jakże bardzo pragnę nawrócenia mojej żony, matki i krewnych]. Czy będą w stanie zrozumieć, że egzekucja, która ich tak przeraża, jest zawsze tylko powieleniem i to złagodzonym, tej, która może czekać ich w górze?!

 

Stacja IX – Ostatni upadek Jezusa

 

Przez około sześć miesięcy szukałem Pana, narzucając sobie długie modlitwy i nieustanne rozważania. Im bardziej posuwałem się naprzód, tym bardziej Duch napełniał mnie swymi darami. Pamiętam zwłaszcza rozważania nad „siedmioma komnatami duszy” świętej Teresy z Awila i nad ostatnim stopniem doskonałości: zjednoczeniem duszy z Bogiem. Ja również starałem się wspiąć na siedem stopni i teraz zdaje sobie sprawę, że to wszystko, co zostało mi dane, było niewspółmierne do moich rzekomych zasług. Ta faza łatwej szczęśliwości zakończyła się pewnego wieczora krótkim, lecz intensywnym zjednoczeniem z Bogiem, którego nigdy nie zapomnę. Potem przyszedł czas pewnej oziębłości. Wszystko stało się trudne, mroczne i dalekie, przerywane tylko chwilowymi porywami, jak oazy na pustyni. Wysiłek, na jaki się zdobyłem wydał mi się daremny i zbędny. A następnie poczęły powoli załamywać się moje dobre postanowienia, moja żarliwość. W końcu zacząłem pogrążać się w bagnie ospałości, leniwej obojętności, zniechęcenia do wszelkiego wysiłku, zarazem pozostając całkowicie przekonany o prawdach wiary. Innymi słowy wiedziałem, gdzie jest dobro, lecz go nie czyniłem, gdyż byłem znużony i słaby, a próby, jakie miałem przejść, wydawały mi się zbyt wielkie, abym mógł stawić im czoło. Moja wiara była pozbawiona uczynków. W tym stanie pozostawałem aż ostatniego tygodnia. A teraz zwycięstwo! Czasu jest mało, pracy zaś, jaką mam wykonać, dużo. Odwagi więc!

 

Stacja X – Obnażenie z szat

 

Dzięki Jezusowi nie jestem zbyt przerażony. Fizycznie nie będę cierpiał. Podczas gdy On! Kto zdaje sobie sprawę z całej męki, jaką jest ukrzyżowanie! Najokrutniejsza i najstraszniejsza ze wszystkich tortur. „Skazany leżał na desce, z ramionami rozłożonymi, przymocowanymi sznurami, by uniemożliwić opór, przytwierdzonymi gwoździami o szerokich główkach, by uniknąć przesunięć, które mogły nastąpić pod wpływem ciężaru ciała podczas wznoszenia krzyża. Gwoździe przechodziły przez przegub lub dłoń, zagłębiały się w śródstopie i wychodziły przez piętę przyciśniętą do drzewa, nogi zaś były lekko podniesione. Gdy krzyż wznosił się pozycja skazanego była nie do wytrzymania na skutek przesunięcia tułowia do przodu bądź osunięcia się ciała na zgięte kolana. Musiały wynikać stąd skurcze i napięcia zdolne rozedrzeć ręce. Pierś lub talię podtrzymywano sznurami, by zmniejszyć szok w momencie stawiania krzyża. Krwotok z rąk szybko ustawał, stopy natomiast traciły wiele krwi, choć znacznie mniej niż mogłoby się wydawać. Obieg krwi natrafiał na przeszkody, a nawet ulegał jakby odwróceniu. W ukrzyżowanych krew kierowała się przez tętnicę ku najbardziej uciśniętym lub napiętym częścią ciała tak obficie, że żyły nie były w stanie jej odprowadzić. Z powodu przeszkód znajdujących się na końcach rąk i nóg, krew z aorty wpływała do brzucha i głowy, powodując silne zaczerwienienie twarzy i nieznośny ból. Co okropniejsze. Aorta nie mogąc w tym stanie dostatecznie szybko odprowadzić krwi do uwięzionych zakończeń członków, przestawała przyjmować krew posyłaną przez lewą komorę serca. Ta z kolei nie przyjmowała swobodnie krwi płynącej z płuc, a prawa komora, nie mogąc wprowadzić krwi do płuc już nią przepełnionych, dopełniała cierpienia gorszego od śmierci. Szczególne okrucieństwo męki krzyża polegało na tym, że w takim stanie można było żyć trzy, cztery dni. Ukrzyżowani o silnej budowie umierali dopiero z głodu. W tej okrutnej torturze chodziło właśnie o to, by nie zabijać skazanego wprost przez określone uszkodzenia, lecz pozostawić go bezradnego, by zmarniał na krzyżu”. Najpotworniejsza z tortur, pisze Cycero. Oto, co zniósł świadomie nasz Zbawiciel dla odkupienia naszych grzechów!

 

Stacja XI – Pan Jezus przybity do krzyża

 

Idźmy za Maryją i kontemplujmy smutny spektakl rozgrywający się przed naszymi oczami: „Zanurzywszy wargi w winie z mirry, Jezus odwrócił głowę. Kaci nie zatroszczyli się o Niego. Zaraz, zgodnie ze zwyczajem, został pozbawiony ubrania. Był to widok godny pożałowania: ciało rozorane rózgami, umęczone upadkami, na nowo zakrwawione przez brutalne obnażanie, drżące z upokorzenia jakiego doznało wobec całego ludu. Ugiął kolana, przycisnąwszy się do krzyża bez słowa wyciągnął się na narzędziu tortury. Prawa ręka opierała się o koniec belki poprzecznej i któryś z oprawców jednym uderzeniem przymocował ją za pomocą czworobocznego gwoździa, długiego na 10 cm. Trysnęła krew, palce się skurczyły, a z ust ofiary wydobył się jęk. Drugim uderzeniem przybito lewą rękę do drzewa. Po rękach przyszła kolej na stopy. Przerażające drżenie wstrząsało umęczonym, gdy wpół zgięte nogi układano na pniu przeklętego drzewa. Ale dla katów przyzwyczajonych do takich spazmów i chcących szybko skończyć pracę nie miało to żadnego znaczenia. Podczas gdy brutalny nacisk utrzymywał stopy w oznaczonym miejscu, młoty wbijały pośpiesznie pozostałe dwa gwoździe. Potem zadowoleni ze swej roboty oprawcy, wstali naśmiewając się: „Teraz, Galilejczyku, uwolnij się, jeśli jesteś Synem Bożym!” Całe ciało napięło się w nieskładnym wysiłku szukając mniej bolesnego ułożenia na złowrogim łożu. Pierś wzdęła się, by zaczerpnąć powietrza, a głowa wykrzywiła się, napiętymi ramionami targnął okropny wstrząs. Później konwulsja przesunęła się w dół, obniżając lędźwie i zginając kolana, dobierając w końcu do stóp, których zaciśnięte palce zdrapały drzewo. Serce biło gwałtownie; usta rzęziły szlochem; wielkie łzy spływały po policzkach, a wybałuszone oczy prosiły o trochę współczucia i ulgi”.

 

Stacja XII – Pan Jezus umiera na krzyżu

 

Tak wiele miłości sponiewieranej, zdeptanej! I inna medytacja nad Jezusem i Jego Matką stojącą pod krzyżem. On naprawdę wziął na siebie wszystkie nasze krzyże, a wśród nich opuszczenie wcale nie musiało być najłatwiejszym do zniesienia. Gorycz aż do końca. Był sam w bólu, sam wobec nienawiści, z całym ciężarem występków tego świata na barkach. Kto mógłby znieść tak wiele? Można nas ukrzyżować, ale nigdy nie będziemy zdolni cierpieć inaczej jak tylko fizycznie. Nawet wówczas jednak, jeśli zechcemy, Jezus będzie z nami, by wziąć na siebie nasz ból. Jesteśmy pod bardzo troskliwą opieką! Czegóż moglibyśmy się lękać? Panna Maryja nieustannie modli się za nas, święci wstawiają się za nami i cała nasza rodzina przyłącza się do ich wołań. Nasze krzyże są lekkie i stają się nawet naszą radością. Święty Wawrzyniec pośród płomieni dziękował Panu, ponieważ wewnętrzny ogień, który go trawił, był silniejszy niż ten, który pochłaniał go od zewnątrz. Kto posiada miłość Jezusa, posiada wszystko i czyni swe niego na ziemi. Chciałbym spocząć w zranionym boku małego Jezusa, gdyż rana ta prowadzi prosto do Jego serca. Niestety, nie jestem jeszcze wystarczająco mały, moje grzechy nie pozwoliłyby mi wejść do środka. Muszę więc pozostać na zewnątrz jęcząc i błagając.

 

Stacja XIII – Pan Jezus zdjęty z krzyża

 

A cóż pomyśleć o cierpieniach Matki, która widzi to wszystko i która nie może nic uczynić, by ulżyć Synowi. Biedna Panna Najświętsza. Widzę Ją pod krzyżem zatrwożoną i zapłakaną, jak półgłosem powtarza bez końca: „Nie, nie …”, bo pokora nie pozwala Jej wykrzyczeć głośno całego bólu. Gdy Syn poprosił o coś do picia, być może szeptała patrząc wokoło: „Przecież On chce pić”, pełna zalęknionego błagania. Z jaką uwagą musiała śledzić ruchy żołnierza nasączającego gąbkę octem! Trzeba bardzo kochać i szanować naszą Matkę.

 

Stacja XIV – Złożenie Pana Jezusa do grobu

 

Skończyła się niedziela. Prawdopodobnie ostatnia niedziela w moim życiu. Do końca nie zdaję sobie w pełni sprawy, że za kilka dni mogę być w niebie. Jest to oczywiście myśl zupełnie nadzwyczajna, a natura energicznie ją odsuwa pomimo całej słodyczy łączącej się ze słowem „niebo”. Ciało moje zbyt dobrze wie, dokąd idzie, by nie protestowało. Palce dotykające tej kartki papieru będą wkrótce nieruchome i zimne, a kości przebiją skórę, by w końcu rozpaść się w proch zwykłą rzeczy koleją. Jest mi to obojętne, będę miał ciało o wiele piękniejsze, zwyciężę śmierć. „Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo?!” Ta myśl nie potrafi mnie zaniepokoić. Cóż zatem mnie niepokoi? Zwierzęcy lęk przed śmiercią? Chyba nie. To raczej lęk przed złą śmiercią, przed tym, że zgrzeszę przypływem buntu lub czymś innym. Obawiam się mojej pychy w tych ostatnich chwilach. „Człowieku małej wiary”, rzekłby Jezus, „tak długo jestem z tobą, chronię cię, a ty jeszcze się lękasz!” Jak gdybym nie wiedział, że Jezus będzie u mego boku aż do końca, i że choćby nie wiem jak straszliwa była próba, łaska okaże się zawsze od niej silniejsza. Oto jeszcze jedna ułomność mego serca. Czego mam się lękać, zbytecznie się męcząc? Lepiej zrobię myśląc jedynie o tym, by modlić się i chwalić mego Pana, dziękując Mu za niezliczone dobrodziejstwa. Lęk ten dowodzi, że jeszcze nie wszystko w sobie wyniszczyłem. Pozostaje wciąż miłość własna i powinienem ją ujarzmić. Bóg nie potępia lęku, strachu fizycznego. Nic nań nie możemy poradzić. Pragnie On jednak, byśmy pokładali całą naszą ufność tylko w Nim. Nie próbując zachować żadnych innych sił na wypadek, gdyby zabrakło łaski. W końcu sami apostołowie zwątpili, a Jezus jeszcze bardziej ich umiłował z powodu tej słabości. Bóg wie o mojej słabości!

 

Zakończenie

 

Zostało mi pięć godzin życia. ZA PIĘĆ GODZIN ZOBACZĘ JEZUSA. Jak dobry jest nasz Pan. Nie czeka nawet wieczności, by wynagrodzić swych wybranych. Pociąga mnie delikatnie ku Sobie dając mi pokój, który nie jest z tego świata. Musi być około wpół do drugiej, zmówiłem właśnie jeszcze jeden różaniec. Rozmawiam teraz z Jezusem i Maryją jak z ojcem i matką. Przepełnia mnie pokój. Dobry Jezus, który tak wiele dla mnie wycierpiał nadal niesie cały mój ból. Szczęśliwy, kto pokłada ufność w Panu. Nigdy się nie zawstydzi! Pokój zniknął, by ustąpić miejsca trwodze! To wstrętne. Serce chce wyskoczyć z piersi. Panno Najświętsza, zmiłuj się nade mną. Wierzę jednak, że przy niewielkim wysiłku woli uda mi się pokonać ten lęk. Jednak mimo wszystko cierpię! Myślę, że przerwę ten dziennik w tym miejscu, gdyż słyszę niepokojące hałasy na korytarzu więziennym. Obym wytrwał! Panno Święta, na pomoc! Żegnajcie wszyscy i niech Pan was błogosławi.